We wschodnim Nepalu (13.01.2018)

 
 
 

W połowie listopada udałem się w kilkudniową podróż do wschodniego Nepalu. Była to już moja trzecia podróż do tego kraju. Do tej pory byłem tylko w stolicy Nepalu i na jej peryferiach. Teraz spośród gór udawałem się na nizinę, gdzie też żyje większa część nepalskich katolików. Podróż, z przerwami, zanim dotarliśmy do pierwszego etapu naszej podróży, do miasta Dharan, trwała osiem godzin. Wiodła przez malownicze góry, które w naszych, polskich warunkach nazwalibyśmy wysokimi. Ale w porównaniu z Himalajami tutaj określane są jako Hills, czyli wzgórzami. W większości pokryte są roślinnością. Tam, gdzie było trochę więcej gleby, pracowici rolnicy utworzyli na stokach gór malownicze tarasy, w celu zwiększenia powierzchni upraw. Chociaż według miejscowej terminologii to tylko wzgórza, to jednak robią niesamowite wrażenie monumentalnością swoich kształtów i niezwykłością pejzażu. Po drodze minęliśmy kilka rzek, które urozmaicały nam krajobraz. Późnym popołudniem dotarliśmy do miasta Dahran, które słynie między innymi z tego, że w latach 1953-1993 było tutaj jedno z centrów rekrutacyjnych do sławnej brygady Gurkhów, wchodzącej do tej pory w skład brytyjskich sił zbrojnych. Gurkhowie są jednym z ludów zamieszkujących Nepal, nazwanym tak na cześć hinduskiego guru z VIII w. – Gorakhnatha. Sławę swoją zawdzięczają służbie od ponad 200 lat w brytyjskiej armii, gdzie odznaczyli się szczególnym męstwem i wiernością podczas wojen prowadzonych w różnych częściach świata przez Brytyjskie Imperium. Czasem wystarczyła sama wieść o ich obecności, aby nieprzyjaciel uciekał w popłochu. Ich symbolem jest tradycyjny, zakrzywiony nóż, zwany kukri.

Wieczorem uczestniczyłem w uroczystości dwudziestopięciolecia obecności Księży Salezjanów w tym mieście. Obszerna kaplica była wypełniona po brzegi wiernymi. Mszy św. przewodniczył Wikariusz Apostolski Nepalu J. E. ks. bp Paul Simick. Cała liturgia odbywała w języku nepalskim i w większości była śpiewana. Potem była tzw. cześć kulturalna, czyli różne grupy taneczne prezentowały swoje umiejętności, między którymi miały miejsce okolicznościowe przemówienia i dekorowanie niektórych uczestników girlandami z kwiatów, szalami i prezentami z okazji tego jubileuszu. Ostatnim aktem tych uroczystości była kolacja dla wszystkich uczestników. Jak to w takich sytuacjach bywa, wszyscy ustawili się w kolejce i nabierali według uznania z przygotowanych lokalnych specjalności. A potem jak kto mógł, na stojąco czy siedząco, dokonywał konsumpcji. Po skończonych uroczystościach udałem się na spoczynek, ale rychło okazało się, że to jeszcze nie był koniec atrakcji. O trzeciej nad ranem obudził mnie dziwny, zawodzący śpiew i jeszcze dziwniejsze dźwięki jakiegoś nieznanego mi instrumentu. W pierwszej chwili myślałem, że śnię o pobycie w jakimś buddyjskim klasztorze, potem pomyślałem, że być może to jakiś muezzin wzywa na modlitwę. Ale gdy spojrzałem na zegar i zobaczyłem, że jest dopiero trzecia w nocy, uprzytomniłem sobie, że to jednak trochę za wcześnie, ponieważ przed piątą raczej muezzini nie dają znać o sobie w Indiach i Nepalu. Rano, przy śniadaniu, zapytałem moich gospodarzy o te niezwykłe odgłosy podczas nocy. W odpowiedzi dowiedziałem się, że są to tzw. Ferry wala, czyli ludzie, którzy wypędzają złe duchy z domostw. Ubrani są na czarno, używają piszczałek wykonanych z ludzkich piszczeli i mają zwyczaj odbywać swoje rytuały w nocy, przechadzając się po ulicach wioskach i recytując głośno tajemnicze mantry. Tam gdzie domy są otwarte, wchodzą do środka. Następnego dnia obchodzą domy, gdzie odprawiali te rytuały, ubrani w coś w rodzaju wielkich kamizelek z wieloma kieszeniami, gdzie składa się do odpowiedniej kieszeni ofiary pieniężne lub w naturze, w postaci orzechów, owoców, ryżu, słodyczy itd. Ferry wala są członkami odrębnej kasty i zanim zabiorą się za wypędzanie złych duchów, muszą odbyć specjalne szkolenie. Ich usługi są podobno niezwykle cenione, zarówno przez mieszkańców Nepalu, jak i Indii.

W dniu następnym uczestniczyłem w obchodach 25-lecia szkoły księży Salezjanów w Biratnagar. Szkoła ma wiele kierunków o profilu zawodowym i cieszy się niezwykłą popularnością wśród miejscowej ludności. Miasto Biratnagar jest jednym z najbardziej uprzemysłowionych miast Nepalu i ciągle się rozwija ze względu na swoje położenie blisko granicy z Indiami. Przebieg uroczystości miał mniej więcej ten sam schemat jak w Dharan, chociaż Msza św. miała miejsce na zewnątrz i było więcej ludzi. Po obiedzie udaliśmy się na stacje misyjne w pobliskich wioskach w Bankuva i w Bissionpur. W pewnym momencie jazdy droga asfaltowa się skończyła i podążaliśmy polnymi drogami wśród uprawnych, głównie ryżowych pól. Domy w większości były piętrowe, solidnie zbudowane. Bardzo często pomalowane na biało-niebiesko. Później dowiedziałem się, że zamieszkiwane jest pierwsze piętro, natomiast na parterze znajdują się pomieszczenia gospodarcze. To ze względu na powodzie i obecne tutaj węże, z których niektóre są jadowite, ludzie chronią się w wyższej części swoich domów. Po drodze widać było przy domach traktory, kombajny i inne maszyny rolnicze świadczące niewątpliwie o zamożności tych terenów. Z wiernymi z pierwszej stacji spotkaliśmy się w obszernej, aczkolwiek bardzo skromnej kaplicy. Jest tam tylko kilkanaście katolickich rodzin. W większości przybyli tutaj z pobliskich Indii i etnicznie należą do grupy plemion (tribales), jak nazywa się tutaj rodowitych mieszkańców Indii. Na początku, jak to jest u nich w zwyczaju, obmyto nam ręce, a potem każdy witał się z księdzem biskupem i ze mną. Kobiety przez dotknięcie ziemi  przed naszymi stopami, a mężczyźni przez wyciągnięcie na wysokości piersi zaciśniętej dłoni, na co odpowiadaliśmy takim samym gestem. Później nastąpiła wspólna modlitwa. Kiedy skończyliśmy zapadł już zmrok, a niebo rozświetliło się tysiącami gwiazd. W następnej wiosce, gdzie katolików było więcej, przyjęto nas tańcami, śpiewami i biciem w bębny. W kaplicy mieliśmy niezwykłą uroczystość poświęcenia figury Matki Bożej. Rytuały powitalne i pożegnalne wyglądały mniej więcej tak samo, jak w wiosce poprzedniej, z obowiązkowymi girlandami kwiatów. Uderzyła mnie niezwykła żarliwość tych ludzi w wyznawaniu swojej wiary. Niełatwo jest być mniejszością, ale to również mobilizuje do pytania samego siebie, dlaczego jestem katolikiem.

Następnego dnia odwiedziliśmy szkołę dla dziewcząt St. Mary’s School, gdzie naukę pobiera około 600 dziewcząt. Uczestniczyliśmy w apelu szkolnym, po czym udaliśmy do miejscowości Sirsia, gdzie salezjanie mają jeszcze jedną szkołę. Tutaj krajobraz wyglądał nieco odmiennie niż w wioskach odwiedzonych poprzednio. Domki bardzo skromne, żeby nie powiedzieć biedne, wykonane były z gliny i słomy ryżowej. Całe życie  toczy się tutaj przed domem, wprost przy drodze. Cały inwentarz znajdował się od strony drogi. Później dowiedziałem się, że tych ludzi nawiedziła powódź w sierpniu i dopiero co zdołali zbudować prowizoryczne domostwa i pomieszczenia gospodarcze. Niestety, z tutejszymi deszczami rzadko kiedy wody jest w sam raz: albo jest jej za dużo, albo za mało. Następny etapem naszej podróży było odwiedzenie spółdzielni rolniczej założonej przez Księży Salezjanów, do której należą nie tylko katolicy, ale i przedstawiciele innych wyznań. Odwiedziliśmy także bank spółdzielczy, w którym wisiał olbrzymi portret ks. Johna Prakasha, SDB, założyciela tego banku oraz dyrektora salezjańskiej szkoły, jak również wielkiego działacza na rzecz spółdzielczości i polepszenia warunków życia tutejszej ludności. Niestety, ks. John został zamordowany w 2008 r. przez nieznanych sprawców. Pochodził z indyjskiego stanu Kerala. Ale jego dzieło nie zostało zapomniane. Co więcej, wydaje się jakby przez jego ofiarę nabrało jeszcze większego dynamizmu. Co ciekawe, w kierownictwie banku większość to niekatolicy. W tej okolicy katolicy umieszczają na swoich domach znak krzyża albo święte obrazy. Także od razu widać, gdzie mieszkają.

Następnym etapem naszej podróży było miasto Damak, gdzie zatrzymaliśmy się na parafii przy Church Sister School. Bardzo ciekawie prezentowała się grupa młodych ludzi z kobzami, którzy spieszyli na lekcję muzyki. Później dało się słyszeć, jak ćwiczą na tych instrumentach. Jako pamiątka po brytyjskiej obecności kobza znajduje się w wielu nepalskich i indyjskich orkiestrach. Potem wyruszyliśmy do wioski Pulachand, w odległości prawie półtorej godziny od Damak. W szczerym polu, powstała tam szkoła prowadzona przez siostry Córki Krzyża. Szkoła jeszcze nie została ukończona, ale nauka już trwa w zadaszonej części na parterze. Niedaleko od szkoły budowany był kościół. Następnie w miejscowości Mahespur odwiedziliśmy szkoły Księży Jezuitów oraz nowo wybudowany tam  kościół. Chociaż katolików jest w Nepalu niewielu, to jednak katolickich szkół różnego typu jest w tym kraju ponad trzydzieści. Większość uczniów to niekatolicy. Dla wielu z nich katolickie szkoły są szansą zdobycia wykształcenia, a zatem do poprawy losu swojego oraz swoich bliskich. Następnego dnia skoro świt ruszyliśmy w drogę powrotną do Katmandu. Spotykając ludzi, nawiedzając kaplice, kościoły i sprawując Mszę św. odczuwało się jakby nasz Mistrz z Nazaretu dopiero co był tu przed nami. Taka panowała wśród tych ludzi radość i entuzjazm, który można wyjaśnić tylko obecnością Chrystusa.

Ks. Henryk M. Jagodziński

Źródło:wrodzinie.pl

Dodaj komentarz