I w jednej chwili ich świat się zawalił… (30.08.2017)

 
 
 

Ślub Anety i Łukasza zaplanowany był na 28 kwietnia 2018. Najwyższy czas, bo znali się kochali ponad 7 lat. Teraz Aneta przełożyła termin na 3 maja 2019. Bardzo chce wierzyć, że wtedy staną na ślubnym kobiercu. Niektórzy uważają, że to zbytni optymizm. I nie chodzi tu o uczucia, tylko o możliwości.

Nic nie zwiastowało tragedii. Przed końcem 2016 roku w firmie „Klima Frost”, gdzie Łukasz pracował, trzeba było zrobić inwentaryzację w magazynie. Żeby odczytać kod towaru, wyszedł na drabinę. To dla niego nie novum – przecież był strażakiem-ochotnikiem. W niewyjaśnionych do końca okolicznościach spadł z wysokości 3 metrów i uderzył głową o betonową posadzkę. Być może zahaczył jeszcze o alejkę obok. Nikt tego nie zauważył, a kamera nie obejmowała tak daleko. To było 22 grudnia ubiegłego roku.
Od tego dnia świat Łukasza Mardosza z Niewiarowa i jego bliskich zmienił się diametralnie.
Przed wypadkiem największym zmartwieniem 30-latka było oddanie dzienniczka praktyk. – Łukasz skończył geografię i gospodarkę przestrzenną na UJ, a potem podjął studia podyplomowe na Politechnice Krakowskiej, pozwalające zająć się szacowaniem nieruchomości. Żeby zyskać uprawnienia – odbył też praktykę, ale nie zdążył już oddać dziennika praktyk – opowiada Aneta. Sama bronić teraz będzie pracy magisterskiej na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie studia kończyła mało „kobiece”- Technologia chemiczna w energetyce – i teraz próbuję znaleźć pracę w swojej specjalności.
W grudniowy, przedświąteczny dzień Łukasz w krytycznym stanie został przewieziony do szpitala, z rozległym urazem głowy. Lekarze uratowali jego życie, usuwając część czaszki. Wbrew rokowaniom przeżył. Po opuszczeniu szpitala trafił do Zakładu Opieki Leczniczej w Wieliczce, ale widząc brak jakiejkolwiek poprawy rodzice zdecydowali się na zabranie go stamtąd i umieszczenie w prywatnej klinice w Krakowie. Czas przecież płynął, a rehabilitacja szanse na powodzenie ma tym większe, im wcześniej zostanie podjęta. Łukasz nadal był w śpiączce, bez kontaktu, popodłączany do aparatury, odżywiany za pomocą przetoki PEG wprost do żołądka.
Koszt miesięcznej rehabilitacji w prywatnym zakładzie to ok. 24 tys. zł. Pacjent ma zapewnioną rehabilitację i pomoc na każde zawołanie, ale przez cały czas towarzyszą mu bliscy. Najwięcej czasu spędzała z nim Aneta. Nauczyła się, jak zajmować się chorym. Potem wdrażali się rodzice. W klinice Łukasz był od początku kwietnia do 5 sierpnia. Na tyle starczyło pieniędzy.
– Konto dla Łukasza uruchomiła fundacja Avalon, ale najwięcej pomogli nam ludzie z okolicy- mówi pan Tadeusz, ojciec Łukasza. Była więc zbiórka na festynie w Sobolowie, a także w Niegowici. – Na wiosnę po każdej Mszy św. w Niegowici była zbiórka – mówi sołtys Niewiarowa Józef Stachnik – Zebrało się około 25 tysięcy złotych. Dużo dawali ludzie ze wsi, z całej parafii. Czasem nawet po tysiąc złotych. Strażacy wrzucali do puszek, bo jak by się chciało przekazać z pieniędzy strażackich, „znaczonych”, byłoby dużo formalności. Przekazywali też pieniądze bezpośrednio mamie Łukasza.
Inicjatorem tej zbiórki była Rada Sołecka, ale zaangażowała się cała parafia. Cała papieska parafia Niegowić.
Dzięki tej pomocy udało się rehabilitować Łukasza przez 4 miesiące. Innych pieniędzy praktycznie nie ma – oboje rodzice są rencistami, a Łukasz wciąż czeka na przyznanie renty. – Chłopak pół głowy nie ma, jest protokół z policji i z Inspekcji Pracy, a oni się zastanawiają, czy mu renta powypadkowa przysługuje – mówi z goryczą ojciec Łukasza. – W ZUS złożyłem papiery miesiąc temu – i cisza. Z Gminnego Ośrodka Pomocy w Gdowie dostaliśmy jednorazową zapomogę ok. tysiąc zł i miesięczny zasiłek pielęgnacyjny 154 zł. No i wypompowaliśmy się z pieniążków, długo tak nie uciągnie.
Konsekwencją tego była decyzja o zabraniu Łukasza do domu. Tam zajmują się nim rodzice i siostry.
„Łukasz dobrze radzi sobie podczas pionizacji i jest w stanie długo siedzieć na wózku. Umie ładnie przełykać, próbuje wody z cytryną i miętą, kawy, soków, je jogurty, lody wodne, gryzie ogórki, paprykę, potrafi gwizdać na gwizdku. Czasami wydaje też jakieś dźwięki. Coraz częściej ma otwarte oczy i niekiedy nam mruga w odpowiedzi. Przybrał już kilka kilogramów na wadze. Niestety ma też duże napięcie mięśni (spastykę), co powoduje ogromny ból oraz problemy przy transferowaniu z łóżka na wózek i odwrotnie. Walczymy ze spastyką podając leki oraz stosując rozluźniające ćwiczenia” – to wpis Anety na stronie internetowej.
– Żyjemy nadzieją, oczekujemy poprawy każdego dnia – mówi mama Łukasza, pani Zofia. – Dzień zaczyna się o 6.30 od mycia, podania leków i pożywienia. Koło 8 sadzamy Łukasza na wózek Co trzy godziny trzeba go przewracać, zmieniać pozycję, żeby nie powstały odleżyny. I tak przez całą dobę – razem z córką przewracamy, przebieramy, podajemy picie i jedzenie przez PEG, myjemy. Nie chcemy stracić tego, co udało się osiągnąć w klinice, więc chociaż kosztuje to 150 zł za godzinę, codziennie przychodzi rehabilitantka . W razie komplikacji, np. gorączki musimy dzwonić po pielęgniarkę. Łukasz otwiera oczy, ale kontaktu z nim nie ma. Mówimy do niego, przytulamy, głaskamy… Lekarze mówią, że z mózgiem nic nie wiadomo, potrzeba czasu. Może druga półkula przejmie funkcje tej uszkodzonej. Zobaczymy, jak długo damy rady.
Żeby właściwie zająć się Łukaszem. potrzebny jest odpowiedni sprzęt. O łóżko postarał się dawny pracodawca, ale to nie wszystko. – Brakuje podnośnika, maty do rehabilitowania, wanny dla niepełnosprawnych, pionizatora, pompy baclofenowej i wielu innych mniejszych i większych sprzętów –wylicza pan Tadeusz. – Za sam pionizator trzeba będzie zapłacić 4,5 tysiąca. Idzie dziewiąty miesiąc, trzeba dźwigać to wszystko.

Wójt Gdowa Zbigniew Wojas o tragedii rodziny w Niewiarowie dowiedział się pod koniec lipca. – Nie trafiła do mnie żadna informacja na ten temat, trudno więc było podejmować jakieś specjalne działania. Niestety są pewne procedury, których musimy przestrzegać nawet wobec takiej tragedii – jeśli rodzina zwróci się oficjalnie, jak najbardziej się zaangażujemy poprzez Fundację Osób Niepełnosprawnych, Centrum Wolontariatu w Podolanach i GOPS. To nie jest pierwszy taki przypadek, zawsze jesteśmy otwarci na wsparcie poprzez takie instytucje.
Barbara Rotter-Stankiewicz
zdjęcia – archiwum rodzinne
Tekst zamieszczony był w „Dzienniku Polskim” 19.08.2017
Jeśli ktoś chciałby pomóc Łukaszowi i jego rodzinie – podajemy numer konta:

Fundacja Avalon
ul. Michała Kajki 80/82/1
04-620 Warszawa
62 1600 1286 0003 0031 8642 6001
tytułem: Mardosz, 7638

Dodaj komentarz