Ks. Jarek szukał krzyża na grób (11.01.2018)

 
 
 

Wczoraj wcześnie rano ks. Jarosław pojechał do Łodzi tylko dlatego, by pomodlić się na cmentarzu św. Józefa przy ul. Ogrodowej. Kilka tygodni temu pochowano tam jego przyjaciela, ks. dra Marka Kaczmarka. Ks. Jarek nie mógł być na jego pogrzebie – zatrzymały go w Italii przyjęte wcześniej zobowiązania. Jeden z uczestników pogrzebu przysłał materiał filmowy, który prezentujemy po raz pierwszy.

Ks. Jarosław mocno przeżył śmierć swego przyjaciela, z którym wiele razy wspólnie sprawował Eucharystię. Ks. Marek odszedł nagle – miał 53 lata i 28 lat kapłaństwa. Przypominamy dziś jego postać, jego fotografie.
Ks. Jarosław mówi, że wewnętrznie coś bardzo przynaglało go, by udać się na łódzki cmentarz. Mimo że było bardzo zimno i kropił deszcz, postanowił odnaleźć grób ks. Kaczmarka. Pomagał w tym pan Dariusz, którego ks. Jarosław poznał wiele lat temu, będąc wikariuszem w parafii św. Alberta w Łodzi. Ks. Marek został pochowany obok grobu swojej mamy. Rodzice zmarli wcześniej, a on był jedynakiem. Po prostu nie miał nikogo.
Grób zauważył ks. Jarek i przeżył wstrząs – zapadająca się mogiła, na której nawet nie postawiono krzyża, przy murze cmentarnym…
Po modlitwie stwierdził: – Szukamy krzyża. Nie odjadę z Łodzi, jeżeli na tym grobie nie stanie krzyż. To pewnie dlatego tak mnie ciągnęło na ten cmentarz… Ale w życiu bym nie przypuszczał, że nikt nie obejmie opieką mogiły tego pokornego, dobrego, pełnego miłości do Boga i ludzi kapłana.
Po przeciwnej stronie cmentarza znajduje się zakład kamieniarski, w którym ks. Jarosław zapytał o krzyż. Szef – pan Jacek Rogala – znał ks. Marka, gdyż niecałe 2 kilometry od cmentarza, w parafii św. Józefa przy ul. Ogrodowej, był on wikariuszem. To właśnie na tamtejszej plebanii przez wiele lat opiekował się swoją sparaliżowaną mamą. Pan Jacek widywał go potem często przychodzącego na jej grób.
– Chcę kupić najpiękniejszy krzyż na jego grób – poprosił ks. Jarosław. – Mam taki krzyż, bardzo ładnie zrobiony. Od kilku miesięcy przekładałem go z miejsca na miejsce. Nie chciałem go sprzedać nikomu, gdzieś w głębi serca myślałem, że ten krzyż będzie na specjalną mogiłę. To był specjalny ksiądz… Nie chcę za ten krzyż pieniędzy, ofiaruję go – powiedział pan Jacek.
Wziął więc ks. Jarek ten krzyż na plecy i modląc się poszedł na grób przyjaciela. – Czułem się, jak bym szedł w pogrzebie Marka – mówi. Wbił krzyż w grób, pobłogosławił i po modlitwie mógł odjechać. – Myślałem – taki sobie krzyż kapłański – mówi ks. Jarek. – Musimy zapytać kapłanów – przełożonych, którzy jeszcze żyją – czy czasem nie za szybko żyjemy i coś się nam wymyka niepostrzeżenie. A może nie chcemy tego dostrzec, bo tak nam jest wygodnie…
Pamiętajmy w modlitwie o ks. Marku.
Zapraszamy do obejrzenie materiału: Na łódzkim cmentarzu przy ul. Ogrodowej.
(oprac. BRS)

 

 

Dodaj komentarz