Moralność pana Darka (21.11.2017)

 
 
 

Darka, kierowcę lokalnego busika lubią wszyscy. Jest życzliwy, uprzejmy, a przede wszystkim potrafi każdego wprawić w dobry humor. – Kiedy z nim jadę, mam zagwarantowane, że przyjdę do pracy uśmiechnięta i tak zostanie na cały dzień – mówi czterdziestolatka. Młodsze od niej o połowę dziewczyny też śmieją się już „na wejściu” do busika.
Przez radio słychać jakieś smętne kawałki. – Nie mógłbyś zmienić? Byle nie na Radio Maryje – prosi jeden z pasażerów.
– Ty się nie śmiej z Radia Maryja, bo jak ci życie dołoży, to się sam do ojca dyrektora zgłosisz. Tam całkiem mądre rzeczy czasem mówią. Słuchałeś kiedyś? – dopytuje się pan Darek.
– Nie i nie mam zamiaru – stawia się jego rozmówca, ale Darek nie ustępuje. – A jakie ciekawe są audycje w radiu Plus. Wcale nie kościółkowe, tylko życiowe. Zawsze słucham w poniedziałki i środy, jak redaktor zaprasza na rozmowy różnych ludzi. Kiedyś nawet mu maila posłałem i mnie na antenie zacytował – chwali się pan Darek.
Na przystanku „zmiana warty” – jeden znajomy wysiada, inny zajmuje jego miejsce. Jak się okazuje – niedoszły maszynista.
– Wiesz, chciałem pracę zmienić, bo interes coraz gorzej idzie – narzeka. – Już się nawet zgłosiłem na maszynistę pociągu – kurs za darmo, robota we dwójkę, zarobki niezłe, ale się w końcu nie zdecydowałem. Maszynistą jestem, tyle że offsetowym w drukarni… Jak byś słyszał o jakiejś robocie, to mi powiedz.
– W twoim fachu to roboty bądź ile – stwierdza pan Darek – ale sam musisz iść, zobaczyć, pokazać się. Może jakąś fuchę złapiesz. Ja to najlepiej zarabiałem, jak parę lat przez weekendy handlowałem.
– A czym? – zainteresował się znajomy.
– Dewocjonaliami różnymi. Obrazy święte, zegarki, różańce. Czterech nas było – braliśmy towar i jechaliśmy do jakiejś wsi. Każdy miał rejon i do domów chodził. Chłopie! Jak się na tym zarabiało! Przebicie było 300 -400 procent. Jak taki święty obraz w hurtowni kosztował dwadzieścia złotych, to wołaliśmy za niego stówę, a potem łaskawie spuszczaliśmy na 80. Bo tak nawijać trzeba, żeby klient był przekonany, że mu łaskę robisz, jak coś sprzedajesz, a nie odwrotnie. Kiedyś hece były, bo kupiliśmy popsute zegary z „Maryjką” po parę złotych. Figurka była oświetlona, piękna rzecz. A jak ludzie pytali, czemu zegar nie chodzi, to się mówiło, że bateryjki nie ma, trza założyć i spokój był. Ale pecha mieliśmy, bo jedna baba powiedziała, że ona ma bateryjki. Założyła przy nas, a zegar nic…Na szczęście jej wmówiłem, że tam jakiś akumulatorek jest i musi się naładować. Uwierzyła, ale już musieliśmy uważać, żeby w okolicę nie wracać, bo by nam nogi z d… powyrywali – opowiada pan Darek.
– Najlepiej to się zarabiało na Podhalu. Taka wieś była, Podczerwone chyba, gdzie jeden dom zamieszkały, a dwa obok puste, bo właściciele w Ameryce siedzą. Ale akurat sporo ich przyjechało i brali wszystko jak leciało. Po żonę musiałem dzwonić, żeby towaru dowiozła. Problem był tylko z obrazkami, bo się bali, że im się szkło potłucze. No tośmy szybki wyjmowali. I różańce też szły jak woda, zwłaszcza te pachnące. Wmawialiśmy, że to robione z różanego drzewa, co w ogrodach watykańskich rośnie, a to przecież ze zwykłego, tylko się je olejkiem zlewa, żeby pachniało. Jak się pudełko z nimi otworzy, to aż nos urywa. No ale te naiwniaki kupowały i jeszcze się dziwiły, że tak tanio. Jeden ode mnie towaru furę nakupił, to mu mówię, że różaniec gratis, a on mi na to, że takiego cennego prezentu wziąć nie może, bo biedny nie jest i go stać. Mówię ci, chłopie – fajnie było… W jeden weekend tyle zarabiałem, co moja matka przez miesiąc nie uciułała – zachwycał się pan Dariusz.
– To czemu już nie handlujesz? – chciał wiedzieć znajomy.
– A, bo ktoś na nas na policję doniósł i trzeba było interes zwijać. A przecież my nikogo nie okradali. Nikomu z domu nic nie zginęło – mówi rozżalony ludzką niesprawiedliwością.

Barbara Rotter-Stankiewicz

Dodaj komentarz