Tajemnica figurki Serca Jezusowego, 29.06.2026
Dobiega końca czerwiec, miesiąc poświęcony czci Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest więc okazja, by opowiedzieć dzieje niepozornej figurki, która od kilku tygodni znów stoi na ołtarzu w Sanktuarium Matki Bożej Wniebowziętej we Florencji koło Iłży. Po raz pierwszy pojawiła się tam już w ubiegłym roku, w ręce ks. Jarosława trafiła nieco wcześniej, ale jej historia jest o wiele, wiele dłuższa.
To historia bardzo osobista i nieco tajemnicza. Za każdym razem, gdy widzę tę niewielką statuetkę podczas transmisji internetowych, ogarnia mnie wzruszenie – to ta sama figurka, którą miałam w rodzinnym domu przez wiele dziesięcioleci. Ta sama, a jednak nie taka sama, bo pięknie odnowiona, pozłocona…
Liczy na pewno ponad 100 lat, jest więc chyba najstarszym elementem we florenckiej świątyni. Tego, jak trafiła do mojej rodziny trzy pokolenia temu – nie wiadomo i niestety nie ma się już tego od kogo dowiedzieć. Ja znam jej dzieje dopiero od końca lat siedemdziesiątych XX w., kiedy postanowiliśmy sprzedać piękne gdańskie meble, który po swoim ojcu odziedziczył mój tata. Gdy i on zmarł w roku 1977 i trzeba było się przeprowadzić, mama zdecydowała się sprzedać ów gdański gabinet, składający się z ogromnego biurka, trzydrzwiowej biblioteki, fotela i stojącego zegara. Był przepiękny – czarny, z rzeźbami aniołków i mitycznymi scenami. Stanowił umeblowanie biura mojego dziadka – Tadeusza Rottera – notariusza, prowadzącego kancelarię przy ul. Kanoniczej, tuż pod Wawelem. Jak się niedawno dowiedziałam od starszej kuzynki – był kupiony od żydowskiej rodziny, która przed, czy też na początku wojny, uciekała z Krakowa.
Co mają wspólnego gdańskie meble z figurką Chrystusa? Otóż przed sprzedażą oglądaliśmy je jeszcze dokładnie. Wtedy mój mąż zauważył, że w „dachu” biblioteki, od góry, tkwią jakieś śrubki. Odkręcił je, podważył deseczkę, a pod spodem ukazała się skrytka. Znaleźliśmy w niej cztery niewielkie posążki (mające ok. 25 cm wysokości), kompletnie do siebie niepasujące i o nikłej wartości materialnej. Była to: baletnica z cieniutkiej porcelany, dziewczyna z miedzianej blachy, mosiężny jeleń z „futrzanym” fragmentem służącym chyba jako wycieraczka do piór i także mosiężna, pozłacana figurka Pana Jezusa. Dlaczego znalazły się w tym miejscu – już się nigdy nie dowiemy. W każdym razie – od tego momentu pozostały w rodzinie.
Statuetka Pana Jezusa z Sercem w płomieniach, cierniowej koronie i z promieniami światła – bo takie obrazy i figury rozpowszechniły się w XIX wieku dzięki decyzjom papieskim i aktom po- święcenia po objawieniach św. Małgorzaty Marii Alacoque, wędrowała ze mną przez kolejne mieszkania. Najpierw z rodzinnego domu do tego, w którym zamieszkaliśmy razem z moją mamą – stała wtedy u niej w pokoju. Po śmierci mamy została z nami, na półce nad łóżkiem, a gdy wyprowadziliśmy się z Krakowa – znalazła się wśród aniołków, które kolekcjonowałam.
Wciąż miałam jednak wrażenie, że czeka na nią inne, godniejsze miejsce. Aż w końcu doszłam do wniosku, że nikt nie „zaopiekuje się” nią lepiej, niż zaprzyjaźniony ze mną od wielu lat ks. Jarosław Cielecki…Z radością przekazałam mu figurkę, która wymagała jednak gruntownej renowacji. Tego dzieła podjął się jego włoski przyjaciel. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania, a niepozorna statuetka znalazła się w Sanktuarium Matki Bożej Wniebowziętej. Od początku czerwca stoi na ołtarzu świątyni.
Barbara Rotter-Stankiewicz

