Opowieść o Ewie (28.04.2017)

 
 
 

 

Po 10 kwietnia 2010 roku wszystko nabrało innego znaczenia. Jedno z krzeseł w salonie nie jest już zwykłym krzesłem, lecz tym, na którym Ona siadywała. – O, stoi tu, za panią…- pokazuje pani Krystyna Woźniak. Zostały jeszcze orzechy, które dostali od Ewy w prezencie. I drzewo do kominka, także z jej działki, którym palili całą zimę. Wiedzieli, że Ewa wybiera się na rocznicowe uroczystości do Katynia, chociaż do ostatniej chwili mieli nadzieję, że nie zdążyła na samolot do Smoleńska. Jeszcze poprzedniego dnia była w Kaliszu, by uczestniczyć w nadaniu szkole imienia gen. Mieczysława Smorawińskiego – jej dziadka zamordowanego w Katyniu.
Ale Ewa Bąkowska zdążyła na swój lot.


Pani Krystyna przygotowała albumy ze zdjęciami. Są fotki z wakacji i ze świątecznych spotkań. Szukamy na nich Ewy. I nagle okazuje się, że trudno ją znaleźć, bo zawsze stoi gdzieś z tyłu, w drugim rzędzie, otoczona ludźmi.
To właśnie było dla niej charakterystyczne. Na tyle, że o. Henryk Cisowski, żegnając Ewę na krakowskim cmentarzu, porównał ją do św. Barnaby – świętego z „drugiego planu” Ewangelii. Nie rzucającego się w oczy, ale zawsze gotowego pomagać.


Ewę znali od niepamiętnych czasów. Pan Wojtek – jeszcze ze szkolnej drużyny harcerskiej, pani Krystyna – odkąd wyszła za mąż i znajomość stała się wspólna, rodzinna. To już 23 lata… Dla ich dzieci była „ciocią”. Razem wyjeżdżali na wakacje, na wycieczki. Mieli podobne upodobania, lubili wspólnie spędzać czas. W górach, przy ognisku, z gitarą. I dorośli i dzieci z obu zaprzyjaźnionych rodzin. – Z Ewą mogłam się spotkać zawsze. Rozmowa z nią nigdy mnie nie obciążała, nie była stratą czasu. Ona miała dar dawania siebie…- wspomina pani Krystyna.


Ewa miała dwie „ksywki” – Wiewiórka i…Zmora. Wiewiórka – ze względu na kolor włosów, a poza tym to przecież takie sympatyczne stworzenie… Pod tym mianem znana była tylko wśród harcerzy. Ale skąd „Zmora”? Pan Wojtek się uśmiecha. – Od panieńskiego nazwiska – tłumaczy.– Smorawińska, skrócone do „Smora”, a potem przerobione na „Zmora”. Dla tak wspaniałej osoby można je było stosować bezkarnie, bo nie było nikogo, kto wziąłby to na serio. Oczywiście wiedziała, że tak ją nazywamy.
Gdy więc komuś z młodych potrzebna była książka, wysyłało się go do „cioci Zmory”. która kierowała Działem Informacji Naukowej Biblioteki Jagiellońskiej. Z książkami związane jest także ostatnie wspomnienie, jakie o Ewie zachowali pp. Woźniakowie.

  • Gdy czyjeś życie kończy się na gorącym uczynku, mają znaczenie właśnie takie ostatnie spotkania. Bo wtedy odczytuje się je inaczej – w kontekście całego życia – zauważa pani Krystyna. Ostatnia jej rozmowa z „Wiewiórką” dotyczyła biblioteki. Pozornie. Bo naprawdę chodziło o pomoc.
  • Naszej córce ukradziono wszystkie dokumenty, w tym także kartę biblioteczną. Zadzwoniliśmy do Ewy, a ona natychmiast zadziałała – tu duplikat, tam prolongata… Zrobiła, co się dało, żeby nie trzeba się było martwić chociaż o ten „drobiazg” – wspomina pani Krystyna. – To był zresztą zawsze jej sposób działania. Nie było „jutro”, nie było „kłopot” – od razu robiła, co trzeba, nie szczędząc swojego czasu i wysiłku.
    Troszczyła się o wszystkich. Nie tylko o rodzinę czy przyjaciół, ale także o swoich podwładnych.
  • Była dla nich jak mama. Do każdego odnosiła się z przychylnym zainteresowaniem. Znała ich problemy i chciała, żeby dobrze im się pracowało. Stąd na przykład jej sprzeciw wobec pomysłu pracy biblioteki w niedziele – opowiada p. Krystyna. Oczywiście w grę wchodziły też względy religijne. Ewa nie była osobą, która religię miała na pokaz. Nie opowiadała o swojej pobożności, nie afiszowała się z nią, jednak nikt patrząc na jej postępowanie, nie wątpił, że jest głęboko religijna.
    Mało kto wiedział, że była sympatyczką Bractwa św. Zofii (założonego przed sześcioma wiekami, a po latach zawieszenia odrodzonego w 1989 r. przy kościele św. Marka w Krakowie). Z wieloma osobami stamtąd łączyła ją przyjaźń. Zresztą przyjaciół miała wszędzie pewnie i dlatego, że nawiązywanie kontaktów z ludźmi przychodziło jej z wielką łatwością. Pani Krystyna, zaangażowana w działalność Bractwa, na internetowej stronie wspólnoty, tak pożegnała swoją przyjaciółkę:
    Droga Ewo!
    Opuściłaś nas tak nagle.
    Przystanęły wpół kroku beskidzkie szlaki, po których razem wędrowaliśmy.
    Oniemiały ogniska bez dźwięku Twojej gitary.
    Książki zamarły na półkach.
    My, Twoi przyjaciele, pogrążeni jesteśmy w żalu,
    a Ty śpiewasz Panu swoje nowe piosenki na połoninach niebieskich.
    Ale nawet państwo Woźniakowie nie wiedzieli, że „Wiewiórka” zaangażowana jest w jeszcze inną działalność Kościoła. W każdy czwartek, w kuchni dla ubogich prowadzonej przez ojców kapucynów z Dzieła Pomocy św. Ojca Pio – rozdawała zupę i herbatę. Od 5 października 2007 roku była wolontariuszką stowarzyszenia, niosącego pomoc ludziom będącym w trudnej sytuacji życiowej. Pomagała w pracach biurowych, angażowała się też w organizowane na większą skalę akcje. Nie robiła tego z nudów, dla zabicia czasu. Miała przecież dom, męża, córki, pracę, harcerstwo, Rodziny Katyńskie. Ale także i to. Gdy zgłaszała się do wolontariatu oświadczyła, że kieruje nią chęć niesienia pomocy ubogim i potrzebujący. Tak po prostu.. Do braci kapucynów i wolontariuszy z „Dzieła” napisała kiedyś: Jesteście dla mnie świadectwem czegoś, co wykracza poza sprawy tego świata.

Życie jej nie rozpieszczało. Stale była w cieniu śmierci kogoś bliskiego. Najpierw dziadka, zamordowanego w Katyniu gen. Mieczysława Smorawińskiego, potem ojca i jeszcze dwóch sióstr. – Nigdy się nie skarżyła, jednak zawsze była poważna. Nie ponura czy rozgoryczona, tylko poważna – podkreśla p. Krystyna.

Lubiła śpiewać, sama nauczyła się grać na gitarze. Śpiewała przy harcerskich ogniskach i na tradycyjnym rodzinno-przyjacielskim kolędowaniu w domu państwa Woźniaków. Ale nie wszyscy wiedzieli, że także komponuje i pisze wiersze. – Pisała piosenki dla siebie, z chęci tworzenia. To była jedna z jej pasji. Zawsze była wyczulona na słowo – mówi pani Krystyna.
Państwo Woźniakowie mają skarb – dwie płytki z nagranymi przez Ewę piosenkami, może raczej balladami. Ewa śpiewa zwyczajnie, nieszkolonym głosem.
Pani Krystyna, wiolonczelistka, ze swojego zawodowego, muzycznego punktu widzenia nie ma jej nic do zarzucenia.
Melodia i słowa zmuszają do słuchania. Mam ten przywilej…Miły, ciepły głos, akompaniament gitary, melodyjna kompozycja i liryczne teksty, zawsze adresowane do drugiego człowieka i pełne zachwytu nad urodą świata. Ich tytuły mówią same za siebie: Rozmowa z wędrowcem, Hymn o rzece, Duma o kasztanie, Zimowe krajobrazy, Gdybym mogła…, Mamy tylko tę chwilę.
Jest i „Piosenka dla lotnika”.
Ponad chmurami, tam gdzie już możesz
Śmiać się i mówić do siebie sam
Ponad chmurami leci twój szybowiec
Sam przeciw słońcu ogromny ptak.
Niech ci tam szczyty gór
Niech ci tam kraty łąk
Niech ci tam stepy chmur dobro ślą
Niech ci tam ziemi krąg,
Uśpiony w gęstej mgle
Niech wiatr ci z moich rąk dobro śle.

Ten tekst ukazał się dokładnie 7 lat temu w „Posłańcu św. Antoniego”. Poświęcony jest Ewie Bąkowskiej, jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej.

Barbara Rotter-Stankiewicz

Fot. Archiwum pp. Woźniaków

 

Dodaj komentarz